Korzystając z tego, że wszyscy wybyli z domu, a młodszy z Braci C pofatygował się na swoją drzemkę stanęłam przy kuchennym oknie i zawiesiłam (się i) wzrok. Niby wszystko było jak zwykle. Sosny. Psy. Dokarmiane ptaki. Karmniki na drzewach. Niby to samo, a jednak poczułam się jakbym ułożyła puzzle bez jednego elementu, który gdzieś się właśnie zagubił. I wszystko co widzę może i tworzy całość, ale w gruncie rzeczy jest po prostu bez sensu.

25 marca 1945 – 9 listopada 2014

Tato…

Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.