O tym jak Celiny na święta we Francji zostały!

Trochę czasu minęło, trochę ochłonęliśmy, wieczorem nawet już się
z tego śmiejemy (tak, żeby P. nie obudzić…)
W końcu przyszedł 19 grudnia, jedziemy do Polski!
Wstajemy: godzinia 03:30, nawet bez 5 dodatkowych minutek:)
Gorąca kawa, bez śniadania, bo kto o tej godzinie coś przełknie.
O 4:00 budzę pocałunkami P.:) Wstaje szczęśliwy, grzecznie się ubieramy…
po czym P. pochłania całą miseczkę płatków kukurydzianych z mlekiem.
Z domu wychodzimy przed czasem. Na dworze ciemno…, myślałam, że P.
będzie się denerwował, a on tylko sobie śpiewa w wózku ‚lalala’.
Ciężkie plecaki na plecach, ja pcham wózek, a Rafał ciągnie ogroooomną
walizkę:)
O godzinie 5:04 odjeżdża nasz RER. Bez problemu zdążyliśmy:) W pociągu
Paweł pochłania Croissanta:) Po 50 minutach przesiadka w metro, po kolejnych
10 minutach przesiadka do autobusu, który ma nas zawieźć na lotnisko:)
R.: Jeszcze tylko oddać tę walizkę, sprawdzić, czy nie przekracza
15 kg i będzie z górki…:)
Taaa
Na lotnisko dojeżdżamy koło 8.
Wchodzimy do budynku…od samego już wejścia ogroooooomna kolejka.
Na początku nie wiemy ‚za czym’. Może coż rozdają…;)
W końcu okazuje się, że wszyscy czekają na kontrolę bezpieczeństwa.
Po przepakowaniu (ważyła jednak 18 kg) odprawiamy walizkę.
I ustawiamy się w ogromnej kolejce…między jakimiś Hiszpanami i rosyjską parą.
W między czasie okazuje się, że kontrola bezpieczeństwa ‚nie działa’.
Strajkujący pracownicy lotniska usiedli na pasach i zrobili sobie piknik.
Po jakieś 1,5 godziny oddali do użytku jedną bramkę… Po kolei zaczęły się
odprawy…
Budapeszt, Rzym, Marsylia…
W końcu przyszła kolej i na nas. Godzina koło 12.
Jesteśmy dzielni, nie denerwujemy się, tylko w tej kolejce strasznie duszno…
Rozbieram Pawła i łazi teraz w samych rajstopach. Jest dzielny bardzo! Tupta sobie
za ludźmi, obserwuje, uśmiecha się.
Bardzo spodobała mu się walizka małej dziewczynki w żyrafy:)
W końcu wchodzimy do drugiej kolejki do kontroli. Ta pierwsza kolejka
to była przecież kolejka do kolejki… Można? W tej drugiej jest już mniej duszno…
Wszystko idzie baaaaardzo wolno. Jakby nic się nie rusza, ale ludzie są
szczęśliwi – lecą do domu na święta i zaraz będą na pokładzie…
a tu nagle:
Trach! Varsovie canceled!
Co znaczy, że nasz lot jest anulowany.
Jak to anulowany?!?!
Ludzie płaczą, nie wiedzą co mają robić…Wychodzimy z kolejki do kolejki i na zewnątrz…
ja: Rafał, co robimy?
I znów słyszymy, że Varsovie nie canceled jednak i że mamy wracać spowrotem do kolejki:)
To znaczy już nawet do tej kolejki właściwej, a nie kolejki kolejki:)
Wracamy:) Stajemy przed jakimiś miłymi Polakami:) Pan się śmieje!
P.: Możecie stanąć przed nami, jak teraz anulują, to przynajmniej będziemy mięli szybciej do wyjścia:)
Ha ha ha, jasne;) Dobry żart, przecież lecimy:) Ale przygoda była;)
Już widzę, jak przy wigilijnym stole opowiadamy jak to śmiesznie było…;)
Czas mija.
Czekamy…
W końcu ktoś ‚mądry’ z obsługi przychodzi i mówi, że Varsovie canceled i nieco milej niż przytoczę
(ale tylko nieco) mówi do nas, że mamy się wynosić z tej kolejki-kolejki, bo blokujemy innym wejście.
A ludzie chcą do Barcelony lecieć…
Ludzie w naszej kolejce-kolejce nie wiedzą już co myśleć.
Pan z obsługi dodaje, że jak wyjdziemy, to tam na pewno ktoś nam powie co mamy zrobić.
Ooooo, proszę pana…nie z nami takie numery…
Mu tu też możemy postrajkować! I nie wyjdziemy z kolejki-kolejki, dopoki nam samolotu nie podstawicie
i dopóki nie odleciemy stąd do naszej Varsovi! Stolicy naszej pięknej w Modlinie:)
I tak stoimy ze dwie godziny…
Próbują z nami pertraktować. Ludzie się kłócą (oczywiście ci, którzy potrafią mówić po francusku).
Pan nam mówi, że możemy za darmo przebukować bilety. Ktoś sprawdza i okazuje się, że do świąt, do Polski (Gdańsk,
Kraków, Katowice) zostało jakieś 7 miejsc.
Nas jest jakieś 150 osób…
Dzieci płaczą, ludzie krzyczą, my strajkujemy, Paweł śpi:)
(po zjedzeniu pomarańczy, banana i naleśnika).
Paweł strajkujący wygląda tak:

Dalej wierzymy, że dolecimy…
W końcu okazuje się, że nasz samolot odleciał, na pokład nie zabrał nikogo. Na początku myśleliśmy, że szczęśliwcy, którzy zdążyli przejść przez bramkę wsiedli też do samolotu. Jednak nie…
Zaczęli do nas krzyczeć: „Jesteśmy tu, nie opuszczajcie lotniska, musimy stąd odlecieć!”
Stoimy dalej…Ludzie co chcą lecieć do Barcelony też na nas krzyczą, że my już nie polecimy, a oni mają szansę…
CZekamy…
Obstawia nas policja…
W końcu Paweł się budzi i nie daje nam wyboru…musimy skończyć nasz osobisty strajk…
Udaje nam się odebrać walizkę i koło godziny 16 wychodzimy z lotniska.
Do autobusu, przesiadka w RER i potem znowu w RER.
Na 19 docieramy do GIF. Leje deszcz, Rafał więc biegnie po samochód…, my z Pawłem czekamy na stacji.
Na 19:30 docieramy do domu z ogromnym bólem głowy i poczuciem wielkiego rozczarowania.
Ja po zwróceniu wszystkiego, co w ciągu dnia zjadałam (taka reakcja na wielki ból głowy) usypiam szybciej niż Paweł…
Merry Christmas Żabojady!!!

Tak więc po raz pierwszy mięliśmy Celińską Wigilię.
Był barszcz czerwony, zamiast uszek, czy krokietów -
-naleśniki z pieczarkami. Oprócz tego naleśniki ze
szpinakiem, ryba po grecku, łosoś i racuchy (pempuchy!).
Można?
Paweł wypróbował wszystkiego.
Były kolędy i tańce radosne do kolęd!

31 grudnia próbujemy dolecieć do Polski!

z cylu, że o Adasiu

A. (przerażony) do D.:
A jak was nie będzie to ja tu tak sam będę mieszkał?
D.: Adasiu, a gdzie my będziemy?
A.: No, w niebie.
D.: Adasiu, ale zobacz, ja jestem już bardzo duża a moi rodzice mieszkają w Chorzelach, a ja tutaj z tobą i tatą, jak ty będziesz duży to my też tu będziemy mieszkali, a ty będziesz mieszkał, gdzie będziesz chciał, we Wrocławiu, w Warszawie; będziesz miał żonę i dzieci
A. (znowu przerażony): A jak nie będę miał żony?
D.: Adasiu, kto chce ten ma żonę, a kto nie chce to nie ma.
A.: Czyli, że Beatka nie chciała mieć męża, tak?
D.: No tak
A.: ja to bardzo chcę mieć żonę i dzieci…

:)

R. siedzi przed komputerem i szuka jakieś płyty Grupy Mocarta.
W końcu słyszę:
R.: Ej… wiesz, że to jest grupa Mokarta?
(dopiero po paru godzinach zorientował się, że to ten Mocart jest przez ‚ce’)

tadam…

jest noc i ciemno.
Budzę się i patrzę, że R. ‚prześwietla’ komórką łóżko…czegoś szuka…a raczej kogoś. Rozglądam się i ja…
ja: Nie ma go…, która godzina?
R.: Nie żartuj… 5.00!

Mamy więc za sobą pierwszą przespaną noc Pawełka! Ale z tej radości, od tej piątej nie mogliśmy już zasnąć…czekając kiedy się w końcu obudzi.
Była 6:30, a Paweł bardzo się zdziwił gdzie jest:)
Potem tylko pytałam:
ja: Pawełku, gdzie Ty dzisiaj spałeś?
P. Tuuu (pokazując na łóżeczko i uśmiechając się do mnie tym swoim cudownym uśmiechem).
:)

:)

R. ubiera Pawełka.
R.: Teraz Synu musimy znaleźć rajstopy…
ja (jeszcze spod kołdry): Są w garderobie! (to takie pomieszczenie, gdzie jest pralka, gdzie stawiamy wózek i gdzie są szafki z naszymi ubraniami – taki tam składzik;))
R.: Gdzie?
ja: Na półce, tam gdzie Pawełkowe skarpety.
R.: Nie ma…
ja: No to tam gdzie ręczniki…
R.: Nie ma, w reklamowce jakiejś, czy jak?
ja: No to może w kuchni, gdzie stała Celenka (Celenka to nasz komputer;))…?
R.: A czego ja właściwie szukam?