Wraca Rafał. Od progu pyta:
R.: Znasz jakieś imię żeńskie zaczynające się na ‚TY’?
ja: Nieee…
R.: A męskie?
ja: (myślę…) Chyba nie…
R.: Tybalt! Nie możemy nazwać tak naszego kolejnego syna!
ja: Dlaczego nie?
R.: Bo jak weźmiesz pierwsze sylaby Twojego imienia, mojego, Pawła i Tybalta to co Ci wyjdzie? Będziemy mieć wtedy TARAPATY!

Dziś mieliśmy świetną zabawę, a raczej Paweł miał:)
Zabawa była mączna! Przesiewał, przekładał, mieszał, sprawdzał czy dobre…:)

Po pewnym czasie można było stwierdzić, że brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko”:)
***
Skoro temat jest ‚od kuchni’ to pewnego dnia Paweł nie chciał zjeść zupy…i tylko ‚ne’ i ‚ne’ i koniec…”Na nic się zdały płacz jej i modły…” Co łyżka biegła do buzi, to Pawełek unik… Ja bezsilna, nerwy mną targają…Wzięłam więc miseczkę i mówię:
-Nie, to nie, trudno…sorry Batory!
(w głowie cały czas wędrowało mi Dorotkowe -’przegłodzić, przegłodzić i będzie jadło’)
Po pewnym czasie na drugie danie była ryba, Paweł przegłodzony siadł do swojego stoliczka, zobaczył rybę i…zabrał się za widelec i do jedzenia.
Potem ja smażyłam naleśniki, a Paweł kazał się posadzić przy dużym stole i nabijać sobie kawałki naleśnika na widelec (mimo, że na śniadanie też miał naleśnika, a nawet nie chciał go ruszyć).

Potem otworzył lodówkę i wyjął sobie pomidora, a po przyjściu Rafała z pracy chciał z nim jeść naleśniki z pieczarkami:)
Tak więc faktycznie to przegłodzenie daje skutek:)
Co pedagog, to pedagog:)
Poza tym to mamy jesień:)

I komputery się psują, zasilacze padają…przez parę dni byliśmy odcięci od świata…Już jest lepiej.

Żeby nie było, że tak kolorowo…
Paweł ostatnio wpada w furię. I tak na przykład, pierwsza po powrocie ze spaceru. Bach:

A druga spowodowana moją chęcią zmienienia Mu pieluszki. Bach 2:

I co z tym fantem zrobić?

***
ja: Coraz gorzej z tym wychowaniem. Nie wiem jak sobie z tym radzić…
R.: Przecież to się dopiero zaczyna…

:)

Kładziemy się spać. Przypomniało mi się i mówię:
ja: Rafał, umówiłam się jutro z Pauliną na skype?
R.: O której?
ja: O 18
R.:Ok, postaram się wrócić.
Następnego dnia rano.
R.: Musimy trochę ogarnąć jak mamy mieć gości.
ja: Gości???
R.: No tak!
ja: Jakich?
R.: No przecież umówiłaś się z Pauliną na skype:)

Szkoda, że nie mam tu ze sobą mojego zielonego roweru. Myślę, że spodobałaby mu się jazda po takich ścieżkach:)

Zważywszy, że roweru brak – dziś zaczęłam biegać. Zastanawiam się tylko na jak długo starczy mi siły i samozaparcia. Mam nadzieję, że na długo!

:)

Popsuło się Pawełkowe krzesełeczko.
R.: Może ja pójdę do właścicieli i zapytam czy przypadkiem nie mają jakiegoś takiego małego siedziska…?
ja: No…w sumie to ja widziałam u nich na podwórku takie zielone krzesełeczko, wiesz takie śmieszne, no takie co widzieliśmy w Ikea, kojarzysz?
R.: No wiem, takie na 4 nogach?

:):):)

Pam, pam , pam, parararara…

Jakoś tak miło spędziliśmy tę sobotę. Z rana strasznie lało, a potem zrobiła się piękna pogoda. Po obiedzie założyłam Pawełkowi kaloszki i hop w kałuże (małe i duże (!)). Na spacer marsz! Paweł uwielbia tuptać w kałużach, zbierać listki i wyrzucać je z mostku do rzeki. Spacer skończył się jak zwykle na placu zabaw (tzw. plac zabawie), a wyjście z placu zabaw jak zwykle skończyło się krzykiem i tuptaniem (tym razem nie w kałuże). Dziś też pierwszy raz Paweł malował farbkami. Na początku bardzo mu się to podobało, mieszał farbki pędzelkiem, czyścił pędzelek w wodzie… do czasu gdy… pobrudziły mu się rączki:) Nie wiem w kogo, ale straszny z Niego czyścioch:) Teraz śpi, a ja lubię jak śpi:)

A niebo nad Gif wygląda dziś tak: