muzycznie i Arkowo:)

Do A. przyszedł kolega:)
Siedzą, rozmawiają i słuchają muzyki. Nie byle jakich angielskich kapel;)
A: A to, to taki happysad jest…
kolega A: No…, jaki kraj, taki happysad:)
A: No, ale to lepsze jest!
kolega: No właśnie mówię:)

Po kilku takich kwestiach słyszę pytanie Arka:
A: A Mrozu znasz???
kolega: Nooooo!!!!

Kolejne z cyklu, że aż nierealne :)

Samochód się więc naprawił. Tak więc się wybraliśmy do
Chorzel nocnym pociągiem (rzecz jasna najwcześniejszy autobus z Warszawy nie zabrał
nas z powodu braku miejsc), a wracać mieliśmy już naszym autkiem :) Rewelacja! Nareszcie!

 

Niedziela, godzina 14, wyruszamy w siną dal. Mówię jeszcze
do Rafała, że jak tym razem coś nam się przytrafi, to radzić musimy sobie już
sami – Madź z nami nie jedzie.

Jedziemy! Gorąco, leci sobie Trójeczka w radyjku, zdjęłam sobie
butki, żeby było mi wygodniej, śpiewam coś pod nosem, 200 km już za nami (i 200 km jeszcze przed) i
nagle…trach…

R. : Słyszałaś to?

Ja.: Co??? (bo oczywiste, że nic nie słyszałam)

R.: No linka nam chyba od sprzęgła poszła…(po chwili) No to
nie mamy już sprzęgła!

Ja.: (i moje głupie tym razem pytanie): A dojedziemy bez
niego?

 

Milczymy. Dzwonimy na HDI (pomysł Taty), ale oni za
odholowanie nas do Wrocławia chcą sobie policzyć 1000 zł…tak więc niech się
ugryzą w nos. Wysiadamy z samochodu i pana, na którego podjeździe się
zatrzymaliśmy pytamy o najbliższego mechanika. Okazuje się, że mieszka 20 metrów dalej, ale przy
niedzieli to nie wiadomo czy nam pomoże. Tak więc Rafał jedzie (o ile to jazdą
nazwać jeszcze można) do mechanika, a ja konwersuje z panem i jego miłą żoną:)

Wraca Rafał i mówi, że mechanik nic nie naprawi, bo „jest
już wypity”, a poza tym „linki nam nie narysuje”, ale za to…(uwaga!!!) może
nauczyć nas jechać bez sprzęgła! Akurat! Ja nie jadę.  Miły pan zza płota denerwuje się na brak
chęci do pomocy mechanika i stwierdza, że podholuje nas do jakiegoś innego.  Idziemy po samochód, a wtedy już mechanik z
kolegą chcą zajrzeć nam pod maskę… Patrzą i patrzą… i stwierdzają, że to nie
linka. Linka jest cała…tylko jest za długa…chcą więc nam wsadzić jakiś pręt,
żeby ją skrócić. Wkładają, ale okazuje się, że to nie to…i wtedy olśnienie, że
to w tej lince jakieś zbrojenie się osunęło… (czarna magia). Wyjmują nam tą
linkę (w między czasie dochodzi zięć mechanika) i każą jechać kupić drugą. Miły
pan zza płotu wsadza nas do swojego samochodu i jedziemy. Najpierw do
bankomatu, potem do sklepu, który w niedziele specjalnie dla nas otwierają (w
niedzielę!!!), kupujemy linkę (których w sklepie było 4230945 rodzajów) i
wracamy do naszych wybawców. Linka pasuje. Uff….!!! Wkładają ją do samochodu i
mówią:

Mechanik: Dobra, wsadziem ją i odjazd;) A potem idziemy
dalej pić:)

Po chwili wszystko działa i możemy odjeżdżać. Pytamy ile
trzeba zapłacić, a oni odwracają się na pięcie i mówią, że nic od nas nie chcą
i mamy sobie już jechać, żeby po widoku do Wrocławia dotrzeć. Pan zza płotu  z żoną też nie chcą żadnych pieniędzy (w końcu
on woził nas do sklepu), bo mają dzieci w naszym wieku, i jak coś im się
przytrafi to chcą, żeby im też ktoś pomógł:) Mili ludzie bardzo. Wsiadamy do
samochodu i jedziemy w siną dal. W między czasie dowiadujemy się, że w
Chorzelach organizowana już była akcja ratunkowa. Nawet już termos na kawę
mieli przygotowany i mięli gnać nam na ratunek! Grunt to rodzina. Nie ma to
tamto.

Tymczasem jedziemy…gdy jesteśmy przy Koronie dzwoni Tata.

Mówię mu, że wszystko gra i za 15 minut będziemy pod domem, że
do Wrocławia dojechaliśmy cało i zdrowo i że dam znać jeszcze z Gaju. Jedziemy
jeszcze kawałek i na światłach gaśnie nam samochód. Rafał go odpala raz
jeszcze, włącza światła i … znów gaśnie… No to „Houston…MAMY KŁOPOTY…” Jakiś
chłopak wysiada ze swojego samochodu i  pomaga zepchnąć nam nasz na bok. Drogą prób i
błędów dochodzimy do tego, że robi nam się jakieś spięcie, gdy próbujemy
włączyć światła…tak więc na Gaj dojeżdżamy bez świateł (z zawieszonym na tylnej
szybie trójkątem;)), a po drodze mija nas 5 radiowozów policji…

Następnego dnia…dalej nie mogę uwierzyć, że po raz kolejny
przytrafiło nam się coś tak  nierealnego.

Marta mówi, że my to z domu ruszać się nie powinniśmy. :)

jestem fanką Adasia

A: Tosia, a pójdziemy na dwór?
A: Tosia, a pójdziemy na dwór?
A: Tosia!! Pójdziemy na dwór?!?!?
A: Tanalko, dlaczego Tosia do mnie nie mówi???
ja: Tosiu, dlaczego nie mówisz do Adasia, on Cię przecież tak kocha i chce się z Tobą pobawić!!
T: Bo my się tak czasem kłócimy i wtedy się nie odzywam:)

Adaś zobaczył u Dziadka gazetę „STRAŻAK” z malutkimi samochodami strażackimi:) bardzo mu się spodobały i chciał się nimi pobawić:) Pyta Dorotki:
A: A mogę się pobawić tymi samochodzikami?
D: Nie Adasiu, one są Dziadka.
Rano Adaś wstaje, biegnie do dziadka i mówi:
A: Dziadku, Ty nie chcesz tych samochodów, prawda? To ja je wezmę do Łumianek, dobrze?