ślub Tamaryna pingwina część 3

Do poniedziałku w Chorzelach została Madzia i Agata, które miały
jechać z nami samochodem do Warszawy. My na lotnisko, dziewczyny na pociąg.
Wyjechaliśmy wcześnie rano, z obowiązkową wizytą jeszcze u Taty w szpitalu. Akurat
trafiliśmy na obchód, więc szybko trza było zmykać…

Oczywiści między Ciechanowem a Płońskiem Tamaryn pomylił
drogę i oczywiście nawet by tego nie zauważył, gdyby Madź nie przechwycił mapy…
Rafał już wtedy zaczął się lekko stresować, że istnieje prawdopodobieństwo, że
możemy nie zdążyć.

Duże prawdopodobieństwo pojawiło się wtedy gdy… spod maski
zaczął wydobywać się dym i przegrzał się nam silnik…Rafał skręcił na pobocze (które
akurat okazało się stacją benzynową) i oznajmił: „No to nie lecimy…”

Samochód już więcej nie ruszył…

Siedliśmy sobie na krawężniku, wyciągnęliśmy walizki i
zastanawialiśmy się co teraz zrobić.

Madź wpadł na genialny pomysł: „Możecie jeszcze zdążyć, a ja
Wam złapię stopa”.

Stanęły z Agatą przy ulicy i zaczęły łapać… My siedliśmy
sobie na walizkach i zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie pojechać by może na
Mazury…  

Zatrzymał się tir, dziewczyny kazały nam wsiadać, więc my z
tą walizką wdrapaliśmy się do pana, który dowiózł nas na wylotówkę w Płońsku.  Tam złapaliśmy fiata Seicento, którym jechał
chłopak na obronę pracy licencjackiej do swojej dziewczyny, który generalnie
nie lubi jeździć szybko, ale mając motywację…nie wiedziałam, że TAKI samochód,
może TYLE jechać:) Wysadził nas w Warszawie na Solcu, gdzie już czekał na nas
pan taksówkarz:) Pan taksówkarz powiedział, że dowiezie nas przed odlotem samolotu,
ale czy przed odprawą zdążymy to nie wie…

Wpadliśmy na lotnisko! 
Musieliśmy jeszcze kawał przebiec, bo wysiedliśmy nie na tym terminalu
co potrzeba…dobiegamy do bramki a naszej odprawy już nie ma…To było chyba do
przewidzenie (w myślach znowu pojawiły się Mazury). Spóźniliśmy się 4 minuty…Same
brzydkie słowa zaczęły nam się cisnąć do ust… Pani przy bramce powiedziała, że
jedyne co możemy zrobić to przebukować bilet…

Podeszliśmy w tym celu do informacji, mówimy, że mamy już
odprawę online zrobioną, że się spóźniliśmy i czy aby na pewno nic nie da się
rady zrobić…Na co pan stwierdził, że możemy spróbować oddać bagaż  w innej bramce, gdzie akurat odbywa się odprawa
do Goeteborgu.  Tak też zrobiliśmy, udało
się no i LECIMY do Rzymu!!!

Potem w samolocie stres, czy walizka aby na pewno z nami
poleci. Na lotnisku kolejny stres, kiedy trzeba na nią czekać godzinę:) Potem
przesiadka w pociąg i jedziemy do Asyżu:) (i tu kolejny problem, bo zapomnieliśmy,
że we Włoszech przed wejściem do pociągu kasuje się bileciki…no i mądre to?). Koło
godziny 18:00 byliśmy już u św. Franciszka. Tego dnia już nic więcej  nie mogło nas zdziwić…nawet to, że idąc na
nocleg z wielką walizką (zakłócając tym samym ciszę Asyży), zatrzymał się przed
nami Włoch jadący rozlatującym się samochodem, zabrał naszą walizkę, zaczepił
ją na dachu i zawiózł nas do naszego hoteliku…Ale to już inna historia i
opowiemy ją innym razem;)

Bella Italia:)

(Stresujących sytuacji podczas tej podróży byłoby już na
tyle)

 

:)

ślub Tamaryna pingwina część 2

W dniu ślubu to ja generalnie byłam głodna:) Ciągła
bieganina w te i  z powrotem:) Madź za
kierownicą woziła mnie wszędzie:) Od malowania paznokci, po fryzjerkę i znów malowanie
buźki:) Upał niemiłosierny, a czas leci jak nieubłagany:)

Okazało się, że Tata jednak nie dostanie przepustki na ślub,
a ja nie mogę się przecież rozpłakać, bo cały makijaż spłynie razem ze mną…;)  

Dziewczyny mnie szybciutko i ładnie ubrały (Madziowi się
śniło, że nie zdążyła na ślub, a jak wpadła do Kościoła, to ja w czarnych
spodniach i w białej bluzce z piórami wystąpiłam. Po ślubie powiedziałam do
Madzia, że to wszystko przez nią, bo tylko Ona potrafiła mnie ubrać:)). Sukienka
śliczna:) No i przejazd naszym Uazem do Kościoła niezapomniany.

Tosieńka niosła nam obrączki, Rafała brat odprawiał mszę,
Ula czytała czytanie i mnóstwo bliskich osób w Kościele.  Dopiero wtedy odczułam, jaka ważna jest
obecność bliskich. Ależ się ucieszyłam widząc po wyjściu z Kościoła Alę, kiedy nastawiałam
się, że jednak  nie przyjedzie…! Stresu
nie było w ogóle, choć podobno głos mi się zachwiał. O godzinie 17:30 miałam
już swojego męża:) Najlepszego!

Tyle bliskich ludziów, pięknych życzeń, wzruszeń i łez radości.
Strażacki szpaler. Chwile niezapomniane! I podróż naszym uazem na wesele z
Martusią, Madzią, Bartkiem, Piotrkiem i bliźniakami :) pod strażacką eskortą do
samego Wielbarka:) A rodzice Marty zrobili nam nawet bramę:) No i też się wzruszyłam.
 No i (co tu dużo kryć) najlepsze wesele
na jakim byłam:). Oczywiście matematycy zamykali salę, co stało się już niemal
tradycją. Buty zdjęłam dopiero koło godziny czwartej nad ranem, więc kupione na
allegro nie były takie złe;) Tosieńka szalała na parkiecie, Adaś chciał wracać
do domu (a dzień później zapytał Dorotkę, czy pojedzie jeszcze na wesele do Rafała
i Tamarki:)). No i śliczne podarunki robione własnoręcznie przez Martusię dla gości:)

  Po kilku pierwszych
tańcach zapakowaliśmy się z Rafałem do samochodu i pojechaliśmy do Taty do
szpitala. W sukni ślubnej z welonem, a Rafał w garniturze. Gdzieś za Chorzelami
zorientowaliśmy się, że nie mamy ze sobą żadnych pieniędzy (chociażby na
parking),  dokumentów i telefonu. Przez
chwilę nawet jechała za nami policja…stres był;) Dojechaliśmy pod szpital,
wysiadamy z samochodu a przed nami zatrzymuje się pan na rowerku,  patrzy zdziwiony i mówi:

- Nie możliwe, nie możliwe…pan młody i panna młoda?? To może
ja bramę zrobię?

Jak mu powiedzieliśmy, że żadnych pieniędzy ze sobą nie
mamy, to nawet zaoferował się, że nam na parking pożyczy:)

Weszliśmy do szpitala, zdjęłam buty, żeby nie stukać (żeby
nie zwracać na siebie uwagi;)) i dotarliśmy do Taty. Ucieszył się bardzo i ja
także:) Warto było!

Potem wróciliśmy na wesele i bawiliśmy się świetnie do białego
rana.

Następnego dnia rozjeżdżali się goście, a my
przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Asyżu:)

ślub Tamaryna pingwina część 1.

Odkąd wzięliśmy ślub nasze podróże nie są już całkiem
normalne;)

Ale od początku:

Do Chorzel pojechaliśmy 7 lipca po pracy. Wyszłam szybko
żeby nie dojechać do domu w środku nocy, w końcu koło 7 godzin trzeba było
liczyć na podróż. W planach było szybkie zapakowanie się do samochodu…a tu
trach! Przecież nie umiem wpakować sukienki do samochodu tak, żeby się nie
pogniotła;) Pakowanie trwało koło 20 minut, zdążyłam wykrzyczeć Rafałowi
wszystkie swoje frustracje, że ja to nigdzie nie jadę, że nie chcę mieć
sukienki jak psu wyciągniętej z gardła i że wszystko przez niego, bo nie chce
mi pomóc;) Wpakowaliśmy sukienkę i z fochem (moim oczywiście) opuściliśmy Gaj:)

Dojechaliśmy – bez mandatu, bez łosi na jezdni, bez powodzi
na drodze…

Rano w czwartek dowiadujmy się: trach – że Tato od wtorku ma
wysoką gorączkę,  że był u niego lekarz,
że w ogóle we wtorek to miał poważnie badanie robione, że wyniki za dwa
tygodnie…jednym słowem nie – za – cie-ka-wie.

Myślę sobie spoko, spoko. Nie będzie źle, w końcu w sobotę
jest ślub, a w moich marzeniach, na moim ślubie, są wszystkie najbliższe mi
osoby i jest na nim Tata. Nic złego nie może się wydarzyć!

Trach (kolejny) – w piątek Tata trafia do szpitala, po to
żeby wyjść z niego jakiś tydzień później (tydzień po ślubie swojej najmłodszej
córki- ja jeszcze o tym nie wiem). W głowie mam mętlik! Wszystko jest nie tak, nie możliwe żeby mojego
własnego Taty nie było na moim własnym ślubie! W głowie jest inny plan… Jednak
fason trza trzymać…

W piątek przyjechał Madź i generalnie wszyscy znajomi z
Wrocławia: Emilka z Piotrkiem, Olga, Agata, Beata z Michałem i Justynką, Bartek i Ula z bliżniakiami. Marta
u siebie na podwórku zorganizowała mi wieczór panieński:) Było świetnie;)  Nawet zawiązywałam moim bliźniakom pieluchy:)
Dostałam koszulkę z napisem „Game over 10 lipca 2010”, młotek do wybijania głupich pomysłów (oczywiście mężowie), generalnie było zabawnie i beztrosko:) W moich
ślubnych planach nawet marzenia o wieczorze panieńskim nie było:) A tu proszę…

Koło 22 wracamy z dziewczynami do domu, a w domu cała już rodzina z
Poznania, z rzecz jasna ulubionym moim kuzynem:) Taką sobie rodzinka imprezę
zrobiła, że ja zasnęłam o trzeciej w nocy (w między czasie robiąc sobie
płukanie gardła wodą z solą, bo zaczęło akurat boleć, a co…przed ślubem nie
może?). I w głowie ciągle myśl: „ja piernicze…muszę rano wstać i na pewno będę miała
podkrążone oczy – muszę zasnąć”. Zanim zasnęłam, musiałam się już obudzić:)

I zaczął się dzień ślubu:)

 

c.d.n.

Adasiowe

Kupiliśmy rodzicom elektroniczną ramkę do zdjęć. Wgraliśmy zdjęcia:) Bardzo spodobało się to Adasiowi.
Usiadł przed ramką i zafascynowany mówi do Rafała
Adaś: Oooo, Tanalka!!! To Wlocław? Ooooo i Lafał ty też jesteś w naszym intelnecie:)

Jedziemy samochodem, Adaś mówi:
A: Mamooo, a pojedziemy do sklepu i kupimy batona?
D: Tak Adasiu, pojedziemy.
Po dwudziestu minutach znów mu się przypomniało:
A: Gdzie jest baton?
Więc wyciągnęłam z torebki czekoladę i mu dałam, co Adaś skomentował:
A: To nie smakuje jak baton!
R: A jak Adasiu smakuje?
A: Jak niebaton;)

Ciekawe czym jest niebaton;)