Nieść oświaty kaganek…

No to ja może jednak nauczycielką zostanę:)
W zeszłym piątek miałam korepetycje (pod rząd) z dwoma dziewczynami z architektury krajobrazu. Otóż tam też nauczają królowej nauk:)
I najpierw przez dwie godziny tłumaczyłam jak się liczy pochodną funkcji złożonej…i potem przez kolejne dwie godziny znowu…to samo…
I gardło mnie zaczęło boleć i nudno tak w kółko mówić o tym samym, zważywszy na to, że jest jeszcze tyle innych ciekawszych tematów:) I stwierdziłam wtedy, że to takie bez sensu mówić przez całe życie o tym samym…
A teraz…to nic…
Nic bowiem nie może popsuć humoru, gdy dostaje się sms-a treści:
„Zdałam matematykę na trzy…nawet z plusem:-) Dzięki Tamaro, bez Ciebie nie dałabym rady…Pozdrawiam i życzę wszystkiego naj:-)”
albo:
„Tamarka, możemy się teraz spotkać na piwo, a nie na korki:) Zdałam! A w indeksie mam z matmy 4! Jesteś kochana! Bardzo Ci dziękuję. Bez Ciebie bym nie zdała. Buziaki i jeszcze raz dziękuję:)))))))))”

Tak więc  nieść oświaty kaganek może zostanie moim powołaniem…bo miłe to strasznie, gdy ‚moje gadanie’ może komuś pomóc:)

Dla lubiących szpinak:)

Generalnie, ostatnio przepadam za szpinakiem :)
Dodawałabym go wszędzie, gdzie tylko bym mogła i tak oto tym sposobem wymyśliłam sobie naleśniki ze szpinakiem:)
Przepyszne:)
Wystarczy zrobić zwyczajne ciasto na naleśniki (a że ja ostatnio ograniczam cukier, to nawet to ciasto zrobiłam bez dodatku cukru).
No i farsz ze szpinaku:)
Czyli kupić szpinak (ja kupiłam mrożony). Generalnie szpinak kosztuje jakieś 2 – 3 złote, a ja mądra kupiłam za osiem;)
Dlatego należy strze się firmy Frosta, bo szpiak ten różni się tylko tym, że jest w nim kilka mrożonych części i te części są w postaci serduszek;) A że zbliżają sie Walentynki, to takie serdeuszko ze szpinaku można dać swojej drugiej połowie;) (Hehe;))
Generalnie można kupić najtańszy szpinak:)
Jak on już się rozmrozi w garnku to dodajemy tam wszystkie przyprawy jakie mamy pod ręką. Ja ostatnio przepadam za oregano i bazylią (dodaje to nawet do jajecznicy:):):)), więc do szpinaku też dodałam:) Oczywiście trochę ziarenek smaku, żeby smak nie był płytki:):):), odrobinę słodkiej i ostrej papryki:)Wszystko sobie mieszamy ładnie, nastepnie dodajemy do tego starty żółty ser:) a na koniec jajko:) I jak jajko się zetnie to nakładamy na naleśnik i zawiajamy tak jak nam się podoba. Nastepnie takie naleśniki odsmażamy (najlepiej na maśle)…A potem, to już czysta rozkosz dla podniebienie:):):):)
 Naprawde rewelacja:):):):)

Tosia:)

Tosia rozmawia z babcią:
T: Nie kupili ci czapki?
B: No, nie kupili…
T: Ale na szczęście masz kapturek:)
***
Babcia: Tosiu, tylko tego nie zbij (zapewne pokazując na coś szklanego).
Tosia: Postaram sie:)

Adaś:)

No to moi rodzice się doigrali nazywając mnie Tamarą, a nie jakoś zwyczajnie…Kunegunda na przykład:)
Oto mój własny siostrzeniec mówi do mnie per ciocia Talampa:)

„Moje drzewko pomarańczowe”

Ponieważ nikt nie chce mnie
słuchać, kiedy opowiadam jaką to ostatnio przeczytałam książkę… i jak bardzo ta
książka mną poruszyła…postanowiłam się uzewnętrznić (a może uwywnętrznić?)
tutaj. A więc…:

 

Może nie ostatnią, ale jedną z
ostatnich przeczytanych przeze mnie książek jest „Moje drzewko pomarańczowe”.
Kupiłam ją przez przypadek…nie miałam co czytać i chodząc sobie po forach
internetowych szukałam pomysłu na książkę…Traf chciał… „Moje drzewko
pomarańczowe”. Autora nawet nie kojarzyłam wcześniej: Jose Mauro de
Vasconcelos.

Opis na okładce książki porównuje ją do Małego Księcia. Po
przeczytaniu naszła mnie myśl: „Kto wymyśla takie porównania?”.

Dawno, a może nawet i nigdy nie
wylałam tylu łez na jednej książce (a raczej na jedną książkę;)). Płaczę
często, ale tak obficie nigdy chyba mi się nie zdarzyło. „Do wielu łez niewiele
trzeba mi.” Po pierwsze: ja ogólnie jestem wrażliwa, a po drugie: szczególnie
wrażliwa to ja jestem na krzywdę dziecka.

            Dawno,
dawno temu (a może wcale nie tak dawno…) był  sobie mały, sześcioletni, chłopiec Zeze.  Sześcioletnie dziecko. Mądre, bystre, chętne
do psot i figlów. Tak jak każde dziecko potrafił wymyślić sobie mnóstwo zabaw,
a jego bujna fantazja bardzo mu w tym pomagała. (Mówię, że każde dziecko…
Pewnie, że każde. Dzieci się nie nudzą, a jeśli, to tylko przez nas –
dorosłych, którzy nie mamy tak ciekawej wyobraźni i nie potrafimy całkowicie  oddać się zabawie. Tosia na przykład na
poczekaniu potrafi wymyślić mnóstwo zabaw, a kiedy już nie mam ochoty się z nią
bawić wyciąga pustą rękę i mówi: „Proszę, masz cukierka”).

Zeze natomiast rozmawia ze
zwierzętami, ze swoim pomarańczowym drzewkiem, które, kiedy tylko chce,
zamienia się dla niego w szybkiego rumaka i od chwili poznania staje się jego
najlepszym przyjacielem, któremu można opowiedzieć o wszystkim.

Trwa sobie życie. Pewnym jest, że
rodzice zwykle dbają o swoje pociechy, troszczą się o nie, żeby te zbyt szybko
nie poznały, czym jest ból. Nie taki zwykły ból, na przykład kiedy  chłopiec upadnie i skaleczy kolanko, ale ból jaki
odczuwa się wewnątrz. Wydaje mi się, że kiedy ten ból zaczynamy poznawać,
wtedy  zaczynamy dorastać.

U Zeze staje się to zbyt szybko.
Pod wpływem wielu (tak wielu, że niejeden dorosły popadłby w depresję)
bolesnych przejść  zaczyna dorastać. Sześcioletni
chłopiec staje się dorosły. I kiedy mówi, że jest już zbyt duży by rozmawiać ze
zwierzętami i że teraz w takim wieku jest jego młodszy brat, mówi to poważnie,
a nie jak Tosia, kiedy  powtarza: „Jak
byłam mała…”. Zeze staje się zgorzkniałym dorosłym, zaczynającym uważać, że
Jezus przychodzi tylko do bogatych, bo tylko oni na to zasługują. I jego
drzewko pomarańczowe staje się zwykłym drzewem, a on sam – sześcioletnim
dorosłym.

 „Jesteś bardzo złe, Dzieciątko Jezus.
Myślałem, że tym razem urodzisz się jako Bóg, a Ty mi robisz coś
takiego…Dlaczego nie kochasz mnie tak bardzo jak inne dzieci? Przecież stałem
się grzeczny. Już nie rozrabiałem, dobrze się uczę, nie używam brzydkich słów.
Już nigdy więcej nie powiedziałem dupa. Dlaczego tak mi robisz, Jezusku?

(…)

Do jakiego wniosku dojdziemy,
zastanawiając się, jak wiele dzieci musi dorosnąć zbyt szybko?