rozmowy przyszłych magistrów;)

Przed seminarium magisterskim…
ja: Olga, piszesz już pracę?
O: No…
ja: A ile masz już stron?
O: No wyszło tego narazie jakieś 8…
ja: Karolina, a Ty już piszesz?
K: Nie…, ale już się stresuję…
E: A ja się też czasem stresuję…., ale tylko wtedy jak mi się przypomni, że trzeba pisać:)

akademikowo olkowo:)

Jest rano:)
Laptopy już działają:)
Kasia mówi, że Olek już na gg się zwierza. A że Kasia musi iść spojrzeć, czy lampy na Bujwida sie palą;) mówi do mnie:
K. :Pogadaj z nim.
Więc ja z tym moim ‚nieskrzywionym kręgosłupem moralnym’ gadam z Olkiem.
Wraca Kasia, puszczam Ją do komputera…
Kasia sprawdza pocztę, wchodzi na n-k, po czym wyłącza komputer.
ja: A co z Olkiem? Doradziłaś Mu coś?
Kasia: O kurde ja zapomniałam, że on tam jest…

veritas






jeśli wyciągnę ręce



i zechcę dotknąć



natrafię na miedziany drut



przez który płynie elektryczny prąd






posypię się



popiołem



w dół






fizyka jest prawdziwa



biblia jest prawdziwa



miłość jest prawdziwa



i prawdziwy jest ból

Halina Poświatowska

książkowo

Chciałam tu tylko napisać, że
14 listopada 2008 roku ukażą się w Polsce dwie książki (pewnie jest ich więcej, ale te dwie napewno są warte uwagi):)
Po pierwsze: 18 już część Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz – „Sprężyna” :)
Po drugie: „Gra Anioła”, którą napisał Carlos Ruiz Zafon, znany jako autor rewelacyjnej książki „Cień wiatru”. Mało tego…akcja znowu dzieje się w Barcelonie…

Tak więc…do księgarń rodacy:)

O radości będzie!

Na maturze (a była ona jakieś 4 i pół roku temu…) z języka
polskiego miałam temat, który mniej więcej sformułowany był tak: „Czy autorów
książek, którzy każą nam płakać, powinniśmy cenić bardziej, niż tych, którzy
zmuszają nas do śmiechu.” Ja dziewczyna w pewien sposób uduchowiona, ba, na
dodatek jeszcze w liceum – ckliwa i wzruszająca się nawet na reklamie
telewizyjnej (co niestety pozostało mi do dziś…;/) odpowiedziałam, że tak!
Jasne!!! Całym sobą i po stokroć TAK TAK TAK! Że ja osobiście wolę książki, na
których ryczę jak bóbr i że takich autorów cenię bardziej…

Z biegiem czasu (i to dość szybkim…) stwierdziłam, że moja
opinia uległa zmianie i  to o 180 stopni.
„Śmiechu mi trzeba na te dziwne czasy, śmiechu zdrowego jak źródlana woda…”

Bo po cóż człowiekowi steranemu życiem, przytłoczonemu szarą
codziennością do poduszki książka, która 
przygasi go  jeszcze bardziej. (Tu
oczywiście moje złudne nadzieje, że ludzie czytają książki, co zarówno z
obserwacji, jak i ze statystyk, z którymi bądź co bądź jestem za pan brat…mija
się z prawdą.)

I trwałam sobie trwałam w takiej opinii: „Niech dźwięczy
męczy, aż do zadyszki śmiechu mi trzeba przede wszystkim” i zła byłam na
siebie, że na maturze napisałam takie bzdury… do czasu gdy… No właśnie.
Poddając się w wakacje manii kupowania książek na allegro (do tego stopnia, że
moje konto zaświeciło pustkami…) udało mi się zakupić: „Edward Stachura. Listy
do Danuty Pawłowskiej”. Moja mania nie ograniczała się tylko do kupowania…co
tam, że egzamin licencjacki pod bokiem i już za chwilę…wszystkie książki
zakupione należało czym prędzej przeczytać. 
I książkę tę też  przeczytałam. I
w jednym z listów, z kwietnia 1976 roku niejaki pan Stachura, do niejakiej pani
Pawłowskiej napisał:

„Wiesz, Danka, większość ludzi,
nawet dobrzy znajomi, nawet niby przyjaciele nie lubią raczej, kiedy jest się
radosnym, kiedy oczy błyszczą, śpiewa krew, łupie pięknie serce; kiedy widzą na
przykład cudownie radośnie huśtających się 
na leśnej huśtawce dwoje ludzi.

            I nieważne,
nikt nie pyta, ile cierpień się przeszło, nim się do tej radości doszło,
doczołgało. Ludzi wolą raczej oglądać, jak ktoś cierpi; wtedy mu współczują,
ofiarowują się nawet z pomocą, pocieszają i tak dalej.

            No, ale
nic. My huśtajmy się!”

Może tak samo jest z książkami?
Czyżbyśmy lubili tylko to co smutne, by móc się dowartościować i stwierdzić, że
nie ma się jeszcze tak źle, i że inni mają gorzej. Choć jednak smutne to
wnioski i raczej wydaje mi się, że  nie
do końca prawdziwe. Czytać to my lubimy i szczęśliwe zakończenia…A już oceniać
co bardziej, to już każdy powinien sam.

 Ocenianie autorów
tylko i wyłącznie pod względem tematyki jaką poruszyli w swojej książce jest
bez sensu. To tak samo jak wybierać między szarlotką, a pysznym sosem
słodko-kwaśnym, który komuś obiecałam…(ukłon w stronę Iwonki)

A co z samym stwierdzeniem pana
Stachury?  Święta racja…Łatwo to
zaobserwować. Gdy jest źle, gdy w życiu szaro buro i nijako…gdy wydarzyła się
jakaś tragedia…tłum wokół nas jest wielki…Poklepywania po plecach, że „będzie
dobrze”, że  „dasz sobie radę”, że
„pomogę Ci…”. A gdy świętujemy sukcesy…krąg wokół nas topnieje…A przecież
„…ze smutkiem sobie poradzę…radością nie mam się z kim podzielić.”

Ale nic to…

„(…)My huśtajmy się!.”