tratatam…

Yhm…czy ja to jestem kurde taka wielka łamaga? Yhmmm….Ale przy tym ile szczęścia mam:-)
Schodzę sobie po schodzach…a raczej zbiegam…i sobie zeskoczyłam z trzech ostatnich schodków…

Oj, gdybym w tym momencie to nie była ja, ale ja to byłaby osoba obserwująca z boku to zdarzenie…to oj…nieprzyjemny byłby widok, bo mi sie tak dziwnie kostka wygięła:-) Ale buty moje zielone mnie uratowały i nic mnie nie boli:-)

A w ogóle to nadal mam świra na punkcie zielonych butów…takiego troszeczkę:-) Minimalnego:-) Chociaż ostatnio to w ogóle na punkcie koloru zielonkawego:-) z odcieniem brązu tak jaśniej;)

W ogóle to ja chciałam oznajmić światu, że ja to się nie bawię…o nie…
Marta mi mówi, że nie wie, czy mama ją puści na pielgrzymkę, bo coś z kolanem nie tak…Paulina pisze, że nie wie co z pielgrzymką, bo mama mówi, że sobie przez pielgrzymkę nogi popsuła…(mama różna od mamy;), że to nie ta sama mama;))
Ja co prawda, miesiąc po pielgrzymce, jak wstaję z łóżka to mam takie dziwne mrowie w stopach, ale nie umiem sobie wyobrazić miesiąca sierpnia inaczej, niż tak…I wierzę, że będzie dobrze.
Prawda łobuzie?

„Chodźmy tam, gdzie nasz oczy poniosą…” Dziś dzien pana Grechuty:-)

niekiedy wystarczy…

kilka słów
powiedzianych przez telefon
włożonych w kopertę
wysłanych na adres
kogoś kto samotność
zna bardzo dokładnie
na każdej drodze
potyka się o nią

czasami wystarczy
kilka chwil skradzionych
ciepło czyjejś dłoni
pochwycone w biegu
czyjś uśmiech znany
wyłowiony w tłumie
który wracał będzie
nocą bezsenną
kiedy gwiazdy płaczą

do szczęścia trzeba
tak bardzo niewiele
wystarczy że będziesz
na odległość ręki
na głębokość wzroku
na słyszalność serca
wystarczy że słowa
wyrosną jak mosty

chyba najtrudniej
spełnić marzenia
te najbardziej proste

Wacław Buryła

(…)

No to udało mi się to sesję zaliczyć…Jakby powiedział to Piotrek Emilki, był to jeden wielki Cud nad Odrą:-) Oby takich cudów jak najwięcej:-)

No, ale niestety ferie moje wczoraj już dobiegły końca i trzeba było wrócić do szarej rzeczywistości Wrocławia, a tym samym wyjechać z domku…ech, to wbrew pozorom wcale takie łatwe nigdy dla mnie nie jest:(

No, a potem pan w pociągu chciał mnie zabić nożem, potem upić winem, a na końcu, kiedy już zmieniałam ten luksusowy przedział, powiedział, że żywi głęboką nadzieję, na kolejne spotkanie:-) Ha;)

Co do luksusowego przedziału…
No bo w PKP to jest tak, że albo grzeją tak, że wytrzymać nie można, no, albo… nie grzeją w ogóle…co za życie:-)

No i przeziębiłam się, ale to już całkiem inna historia;) Bo to wszystko, przez te orły na śniegu:-), które nota bene wyszłu jak aniołki:-)

A teraz póki co…”…z pergaminu wypuszczam latawce victorii”.:-)

Koniec ambitnej notki:-)