Martuś, specjalnie dla Ciebie…:-)

Ależ jakie znowu Andrzejki??? Aaa Andrzejki:-) No, spędziłam w niezwykle miłym towarzystwie…szeregów i przekształceń płaszczyzny…, ale co z tego będzie? Zobaczymy jutro! Choć pewnie nie zawesoło :/
No i przecież Ty wiesz, że bez Ciebie nie spędzam nigdy Andrzejek:-) To w tamtym roku wróżyłyśmy sobie z wosku? Czy dwa lata temu? Kurde, nie pamiętam…ależ ten czas szybko leci, prawda? Czekaj…a czy to nie w zeszłym roku siedziałyśmy u Ciebie w pokoju przy zgaszonym świetle i słuchałyśmy niezwykle smęciarkich piosenek i narzekając jaki ten świat jest podły? Hmm? Nie pamiętam, ale tak mi się coś kojarzy:-) Może Ty masz lepszą pamięć? Hmm?

A dzisiaj jadłam obiad u szalonych naukowców. I poznałam niezwykle inteligentnego człowieka…80 – sięcio letni lekarz, znający wyśmienicie historię, sztukę, literaturę…Człowiek starej daty, potrafiący pisać sms-y. Po prostu tylko podziwiać!

A teraz idę sobie zrobić czarną herbatę…i teoretycznie zabiorę się do pracy…Tylko czemu teoria nie zawsze idzie w parze z praktyką?

hmm…

„…to niewiarygodne, aby wiara mogła dzielić…”

Właśnie jak to jest z tą wiarą…, podobno „góry przenosi”?

Tak właśnie czuję, od jakiegoś czasu, gdy wszystko ładnie poukładałam sobie w główce jest mi lepiej. Lepiej się żyje i lepiej się „jest…”. Ależ to może wydawać się banalne…ale takie nie jest… Wiara góry przenosi, a cuda istnieją, dzieją się, a raczej stają się! Codziennie!

KTOŚ wciąż nade mną czuwa „Poniedziałek, jak jakiś dobry sen, bez niespodzianek cały minął dzień, lecz we wtorek gorszy obrót spraw, w porę ostrzegłeś mnie, choć to wcale nie był żart…” KTOŚ przy mnie jest wciąż…”Dokąd nie pójdę tak jesteś, nie ucieknę, Ty znajdziesz mnie…” I dobrze mi z tym…ale jest to tak osobiste…że nawet dokładnie nie potrafię tego opisać…nie umiem…

(…)

Jest taka piosenka…”…mój jest ten kawałek podłogi, nie mówcie mi więc co mam robić…” i tak bardzo, ale bardzo, bardzo przypomina mi ona wakacje nad Głeboczkiem:-), kiedy to czasem wystarczał kawałek podłogi by się wyspać, a czasem kawałek mola, śpiwór na dwoje i długie rozmowy o „życiu i śmierci” i ciepłe skarpetki na nogi, żeby tylko nie było zbyt zimno nad ranem:-) Ech, tyle sie tam wydarzyło, tyle się działo, tyle się tam człowiek nauczył… i „mimo wszystko” tak miło się to wspomina. Bardzo!

„…bezradnie obracamy w rękach stare mapy…”

(…)

Ależ zimno…:-) Zdolna ze mnie osoba, no bo wyszłam sobie dzisiaj do szkoły i okno zostawiłam otwarte, a teraz nie mogę tu wysiedzieć…Ha! Mi to jest albo za gorąco, albo za zimno…taki ze mnie człowiek…Ale lubię zimno, mimo wszystko, na razie jeszcze lubię:-)

Przegrałam wczoraj dwa złote… No bo Radek obstawia różne mecze…I wymyśliliśmy sobie, że damy Marcie do wytypowania jakieś mecze…(Radek twierdzi, że Marta ma niezwykłe szczęśćie…najbardziej na kolokwiach…), no i mogliśmy wygrac aż 1375 złotych…., no ale niestety nie wyszło…i Marta winna jest nam teraz obiad na stołówce w poniedziałek. Ha! :-)

Dlaczego ja nie umiem narysować żyrafy;(

A teraz znów mamy czwartek i znów:-) I znów wolne…i tyle do zrobienia…ale damy radę:-)

Za 26 dni do domu…staję się coraz bardziej niecierpliwa, a dzisiaj jak szłam koło dworca…i to akurat o tej godzinie, o której odjeżdżał pociąg do Olsztyna… to aż tak hmm…Jeszce tylko 26 dni…

A mnie sie zdawało
Że się nauczyłem kochać
Tak żeby nie cierpieć
Żeby nie pytać
Nawet samego siebie
Żeby nie narzekać
Myślałem
Że się nauczyłem tak kochać
A jednak nie umiem
Kochać
Bez smutku

(…)

Włączyłam właśnie swojego szczekającego psa (w sensie budzik), a to znak, że już koniec wolnego i jutro trzeba wstać wczęśniej…:(, a tego tygryski nie lubią njabardziej! Ha! Przyczepiło się do mnie te „Ha!”:-) i jest biednie:-)
No, ale już niedługo święta i doczekać się już nie mogę! Teraz tylko zastanawiam się, kiedy zaczną puszczać w radiu…”Last Christmas…”, bo choinki na ulicach spotkać już można:-) A więc niebawem wracam do domku:-) Tak!

Co jeszcze? Hmm, myślę sobie:-) I cieszę sie, ze śnieg już troszkę popadał:-) Za pasem grudzień i „wszystko będzie nas łączyło”:-)

Człowieczek frasobliwy

„Na końcu każdej mądrości
u kresu każdej podróży
choćby kosmicznej
w której chciałem zgubić siebie
żeby odzyskać
upragnioną nieważkość dziciństwa

odnajduję znów tylko siebie:

siedzi sobie utyrpany
ograniczony człowieczek
na kamieniu własnej śmierci
pod olbrzymimi gwiazdami
i biedzi się jakby tu rozgryźć
własnymi zębami
ten najtwardszy problem życia”

Józef Baran

(…)

czym jest śmierć
odchodzeniem od wiatru
od chłodengo dotyku prześcieradła
od zapachu żółtych ścian
od uważnego spojrzenia
twoich oczu
które badają oddech
gdy delikatnie rodzi się w głębi
płuc
potem przez cienkie arterie szyi
na wargi
obłoczek-
przesłaniający słońce
niebieską mgłą
uleciał
i oczy twoje – powoli
jak zgubiony okręt
opadły na dno
Halina Poświatowska

(…)

Zjadam sobie frytki. Teraz nie ruszę frytek z jakieś kilka tygodni, bo znów było ich za dużo…tak to już jest z frytkami i goframi:-) Jak już są, to jest ich za dużo…takie jest życie:-)

***
Pomyślałam sobie dzisiaj na wykładzie, tak jak Poświatowska…”Boże zmiłuj się nade mną…czemu stworzyłeś mnie na niepodobieństwo twardych kamieni…?”
I nie wiem…dlaczego jest tak, a nie inaczej ale myślę, że czasem warto się z tym pogodzić, żeby było fałtwiej. Czasem to trudne…
***
Potem znów pomyślałam sobie,jak nie wiem kto, że „to niewiarygodne, żeby wiara mogła dzielić…”Tak…
***
A teraz jest mi nie tak, jak być powinno…