„…człapię po świecie jak ciężki słoń
tak duży, że nic nie rozumiem
myślę jak uklęknąć
i nie zadrzeć nosa do góry”

Jan Twardowski

Wiosnę czuć w powietrzu…na dworze ciepło, niedługo maj, matura, egzaminy…to też czuję się w otoczeniu…
Namalowałam dziś Aniołka, dla Martynki, na urodziny…mam nadzieję, że się ucieszy. Hm…wyżyłam się artystycznie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Potem zgasiłam światło, włączyłam komputer, i puściłam sobie … „Dolinę w długich cieniach”. Usiadłam na parapecie, przytuliłam się do poduszki, patrząc na drogę, jakby czegoś czekając…Nic jednak się nie działo… A szkoda…
Z mojego okna widać brzozy, drogę, którą codziennie chodzę do szkoły, wieżę Kościoła, kawałek ulicy, dachy domów, nad którymi unoszą się „ sny, podlotków pełne marzeń…”…lubię tak patrzeć…czekać…Tym razem nic nie pojawiło się za zakrętem. Może po prostu „nie ten…”
Mój nastrój dziś jakiś dziwny, najchętniej, to bym zwiała na Marsa, albo w Bieszczady…”schować się przed światem”.
Boję się…tego co ma być…

Drogi blogu.

A więc (wiem, wiem…nie zaczyna się zdania od a więc…) mamy już wiosnę…”pojaśniało, zajaśniało…wiosna ach to Ty….”
Umyłam dziś rower, tata napompował opony…i jakże fajnie było pojeździć…:-) Pewnie jutro będą mnie nóżki boleć…jak zwykle z resztą, ale co tam.
A wczoraj w końcu oddałam krew. Na coś ten dowód nareszcie się przydał…razem z tatą oddaliśmy po pół litra …i, tego…co może uratować komuś życie. Miłe uczucie, gdy spływa do torebki…a ty masz świadomość, że komuś naprawdę jesteś potrzebny…
Odwiedziłam Łukasza, dałam mu słonia z podniesioną trąbą, na szczęście, żeby było lepiej…i czekolady…te które dostałam od pani pielęgniarki. Dziś rano dostałam od niego sms-a: „Tamarynko, dziękuję za słonika z podniesioną trąbą. Na 100% przyniesie szczęście i szybko wyzdrowieję. Jak wrócę to tak Was wszystkich wyściskam, że !!!!! Kocham Was”
(..)
W horoskopie przeczytałam, że nastąpi przetasowanie wśród moich przyjaciół…Nie to…żebym wierzyła w horoskopy…ale….dziwnie się dzieje…

…oddałam dziś czastkę siebie…

„…Oddaję dziś Ci czastkę siebie,
Czerwona krew z mych żył,
Wiem, znalazłeś się w potrzebie,
Tak bardzo chce byś żył…”

Dobrosław Szcześnik

Myśli przez słowa…

Mój drogi blogu!
Mamy więc rekolekcje. Co prawda w zeszłym roku ksiądz rekolekcjonista był jakiś takiś…no właśnie, w każdym bądź razie potrafił zaciekawić nas swoją „nauką”…natomiast ten uczy nas śpiewać. Ksiądz Stanisław wrócił już do domu i biedny chodzić nie może. Marty mama ma dziś urodziny, a Marta nie chciała mi pokazać kwiatka, bo się na mnie obraziła i stwierdziła, że „czasami” (nie będę tu mówiła w jakich przypadkach…znaczy się jakie dokładnie Marta przypadki określiła:-)) to mi szajba odbija. Potem chciała zabrać mi colę, bo ów ksiądz rekolekcjonista kazał wyzbywać się nałogów, więc Marta chciała mi w tym pomóc…jednak jej nie wyszło;-) A ja powiedziałam: „Od braku coli, to mi szajba odbija i tego trzymać się trzeba – jak rzep”. Jutro jadę do szpitala oddać krew…chyba, że mój kochany tata znów znajdzie jakąś wymówkę…jak go znam to znajdzie, no chyba, że akurat jej nie znajdzie…trzymajmy się tej drugiej wersji:-) Dokładniej rzecz biorąc, to dzisiaj miałam do szpitala pojechać…no, ale Tata znalazł wymówkę, w postaci robienia czegoś dla swojej drugiej córki, a mojej starszej siostry. Czytam „Tato” Williama Whortona. Nad wyraz wzruszająca książka…Jestem na początku, ale…właśnie…ale…trzeba przeczytać.
Mama dzieje mi kamizelkę, będzie granatowo – czerwona. Pamiętam, że miałam kiedyś dwa udziane swetry, ale wtedy to babcia działa. Jeden był biało – czerwony, drugi natomiast miał taki dziwny kolor…nawet nie wiem jaki dokładnie…zielono – granatowy? Chyba coś takiego…
Ja nie umiem dziać…wszystko przez Ole, bo mi kiedyś pokazała, jak się trzyma druty do dziania…znaczy się…dokładniej rzecz biorąc…jak ona…w sensie, że moja siostra trzyma druty…No i obie druty trzymamy w sposób bardzo dziwaczny…prawie tak bardzo jak ja trzymam nożyczki!:-) No, ale to, to już trzeba zobaczyć. Gdyby mama pokazała mi jak się te druty trzyma, to pewnie bym „dziaczką” jakąś została…a teraz…lipa:-)
A dziś M jak Miłość w telewizji:-)Miłego więc oglądania…
Tamaryn, zwany Tyranią:-) – pisał….

Urodziny…

Dziś mija równy rok…od założenie mojego bloga…długo…nigdy nie wytrzymywałam dłużej z pamiętnikiem niż tydzień…a tu proszę… To wszystko chyba dlatego…, że po prostu nadzwyczajniej w świecie „tego tutaj” nie mogę podrzeć…a ja chyba uwielbiam drzeć wszystko, co ważne dla mnie…, bo jest to takie…hm…takie…no chciałam powiedzieć, że takie jak na filmach:-) Jasne…
Polubiłam Cię mój drogi blogu…piszę tu o rzeczach dla mnie ważnych… i nigdy nie interesowało mnie to, ile osób wpisało się do księgi gości…banalne…
Założyłam Cię….chyba zupełnie przez przypadek…pisanie pamiętników bowiem, bardzo pociąga i chciałoby się czasem przewracać kartki….rok dwa lata do tyłu…teraz mogę…
Spotkałam się z opiniami…, że każdy może tutaj przeczytać o mnie wszystko jak na dłoni…Uważam to za stwierdzenie….więcej niż mylne…potrzeba jeszcze czegoś bardzo ważnego…chyba to nazwę…znajomością mojej osobowości…mojego charakteru…nie każdy go zna…tylko…alter ego…drugie ja…ktoś, komu można ufać jak sobie…
A przez ten rok chyba sporo się zmieniło…wiele się nauczyłam, zwłaszcza na własnych błędach, wiele poznałam…
A teraz wypadałoby pomyśleć życzenie i zdmuchnąć świeczkę…pierwszą…
Dobranoc blogu:-)

Hm…

No, a wiec …już po próbnych maturach….dzisiaj ostatni dzień…a dokładniej rzecz biorąc drugi i ostatni dzień próbnego egzaminu dojrzałości, bo tak to się ładnie nazywa!
Zobaczymy….zobaczymy co i jak…ale to później:-) Na polskim pisałam na temat: „Dawid
H. Lawrence powiedział, że cała wielka literatura pisze o moralności. Zgódź się z tym poglądem, lub podejmij z nim polemikę”…a na matematyce zadanka:-) Całkiem przyjemnie, sympatyczne i „zjadliwe”:-) No i zdecydowanie atmosfera „matematyczna” była 1258754 razy lepsza niż na polskim:-) Tak…miło:-)
Dało się przeżyć…a więc majowa matura już nam nie straszna:-)
Ponad to wszystko, co „spędzało mi sen z powiek” nic już ciekawszego się nie działo, poza bardzo miłym dniem, jakim jest 8 marca:-)
Nawet nasi klasowi koledzy nie zapomnieli…, no i te żółte tulipany:-) Hm…

Ta ziemia od innych droższa…

Miłością do Bieszczad zaraziłam się…sama dokładnie nie wiem kiedy, w jaki sposób i od kogo…Po prostu Bieszczady były moim rajem, do którego chciałam uciec i pozostać tam na zawsze…Latem paść swoje owce, strzyc je, a zimą z tej wełny robić na drutach ciepłe swetry, skarpetki, szaliki i czapki, a potem wysyłać to do moich przyjaciół, aby mogli mieć przy sobie cząstkę tego, co ja ośmieliłam się nazwać … rajem.
Uciec od wszystkiego tego, co wielkie, brudne, głośne…i pozostać na zawsze tam…gdzie każdego dnia, można „pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko…jaka epoka, jaki wiek, jaki rok i jaki miesiąc…” Chciałam ściskać dłonie bieszczadzkim aniołom, a potem sama zostać jednym z nich. Człowiekiem, który „skrzydłem wskazuje drogę i wtedy w ludziach się zapala, wieczny bieszczadzki ogień…” „Tulić się do traw i głaskać zioła, a czasem kałuże żabom łyżką zamieszać…”
Bycie w Bieszczadach kojarzyło mi się z wolnością. Patrzeć jak każdego ranka w dolinach wstaje dzień, słuchać, jak „cicho potok gada”, przebywać tam, „gdzie trawy przychylne każdemu”
Wieczorami siadać przy kominku popijać „czarna herbatę, która rozjaśnia myśli” w wielkim kubku i myśleć…o tym…co było, co jest i co będzie…
Kiedyś moja wyobraźnia posunęła się już tak daleko, że jej oczyma widziałam siebie, siedzącą siebie w bujanym fotelu, czytającą list od kogoś bliskiego i co rusz podkładającą kawałek drewna, aby ogień w kominku jeszcze nie gasł…Był też pies pod nogami, gitara oparta o ścianę mojego bieszczadzkiego domu, a za oknem…”po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem…” I były też myśli…i znów oczyma wyobraźni widziałam moje brzozy za oknem…tatę jadącego na rowerze po wybitnie wyboistych drogach, dęby zimowe, które za sprawą Pana Cogito pokochałam całą sobą. Widziałam mamę, która przy kominku na Bendowskiego „połykała” kolejną książkę. I było zupełnie tak, jak napisał i zaśpiewał Wojciech Bellon…”Zanim mi sen na oczy słynie…moje myśli wędrują przez lufcik…” I moje myśli tak właśnie „wybywały” przez lufcik mojego bieszczadzkiego okna, by ponownie zajrzeć w niebieskie oczy mojego taty, wyrażające dumę, gdy z wyróżnieniem odbierałam świadectwo ukończenia szkoły podstawowej, bądź pełne niepokoju, gdy moja najstarsza siostra wychodziła za mąż…
Znów byłam małą dziewczynką, trzymającą kurczowo rękę swego ojca i wtulającą się w ramiona mamy, aby ukryć swoje łzy przed resztą, przed całym złym światem.
„Dobrze, że jest kąt na tej ziemi, kąt jak ICH ramiona otwarty”
Kiedy herbata w moim wielkim kubku kończyła się, wracałam ponownie myślami w Bieszczady, wyciągałam z mojej bieszczadzkiej spiżarni słoik dżemu truskawkowego i siedząc wygodnie w fotelu opychałam się przysmakiem…a potem znów myśli wybywały przez okno…
…jak w pewne wakacje codziennie rano ścigałyśmy się z Olą, by pierwszą być w ogródku i zjeść wszystkie truskawki, które dojrzały przez jedną noc…jak Ola przy tym zdeptała ogórki…
Ponownie byłam Tamarką, czekająca z utęsknieniem, kiedy starsze siostry przyjadą na święta do domu!
Często łapałam się też na tym, że usilnie próbowałam przypomnieć sobie zapach bzów…tych zza płota, przez który przechodziła się po to, żeby wrócić do domu z naręczem…białych, pachnących…wielkich gałęzi…; znów chodziłam nad rzekę, moczyłam nogi, obserwowałam jak moje psy kąpią się w błocie:-), a potem jechałam gdzieś na rowerze…a towarzyszyły mi roześmiane twarze przyjaciół. Tych…którym to z Bieszczad miałam wysyłać własnoręcznie udziane swetry z wełny moich bieszczadzkich owiec…
Kiedy wspomnienia zaczynały mnie nużyć…układałam się w moim bieszczadzkim łóżku i usypiałam. Sny przychodziły różne: począwszy od czerwonych karmików na sosnach, na moim chorzelskim podwórku, przez dzieci grające w klasy a majowe popołudnia, kiedy to mi przyszło się uczyć do matury, a na chodniku prowadzącym do Kościoła kończąc.
Najbardziej jednak lubiłam ten jeden, szczególny sen…sen w którym wracałam…do mojego domu, do moich rodziców, sióstr, przyjaciół, wyczekujących mnie w swych długich szalikach, udzianych lewymi oczkami.
Wtedy tak naprawdę wiedziałam co poeta miał na myśli…”…jest taka ziemia, o której mówią, że pachnie sosną , razowym chlebem…”

- Co się dzieje u Tamary…?

-Wtorek i środa upływają nam pod znakiem matury… (na razie tej próbnej…)
……………………………………………………………………………………………………………
(bez komentarza).
- „Wredny” tydzień właśnie się skończył…i nie był wcale, aż taki zły…
- nade mną, za oknem takie niebieskie niebo…prawie zupełnie bez chmur…, no kilka tylko „sunących, białych obłoków nad lasem”….
- cieplejszy wieje wiatr…chyba wiosna się zbliża…na którą…. „tak wciąż uparcie czekam(y) …”
- sprzątam w pokoju…nie mogę już dłużej mieszkać w takim bałaganie!
- chyba powinnam zacząć uczyć się do ustnej matury z rosyjskiego…”no weź się w garść, no weź się w garść”
- właśnie się zorientowałam, że mój tata ma kubek z baranem:-) Dostał go od Iwonki i Uli, jak były u mnie:-) A ja też mam kubek z baranem:-) Od „Baranka”:-)
- czemu nie umiem polubić pani z biblioteki?
- Łukasz w szpitalu…ma zapalenie mięśnia sercowego…napisał, że to przez to, że ma „złamane serce”. Ja już mówiłam, że z pewnymi osobami powinno się zrobić porządek! Odczuwam brak Łukasza w IV „a” :-( Kartofel: „A ja myślałam, że mam taką zdrową klasę, ktoś się jeszcze wybiera do szpitala przed maturą….” No fakt: Tomek, Adam…teraz Łukasz…
- W poniedziałek 8 marca…jak ktoś mi powie, że to „święto komunistyczne” i, że nie obchodzi, to dostanę białej gorączki:-) Niee…jak mi moi klasowi koledzy powiedzą, że to „święto komunistyczne” i że nie obchodzą, to wtedy dostanę białej gorączki:-)
- i jeszcze innych sto spraw…
- idę na Drogę Krzyżową…