Dowodowe sprawy:)

Co powiedziała Wiola do Mileny i do mnie, kiedy wyszła z gminy i odebrała swój dowód tożsamości, świadczoćy o tym, że jest osobą pełnoletnią…???
Wiola powiedziała tak:
„I co brzdące???”

A potem się całą droge we trójkę chichrałyśmy, że pójdziemy do sklepu Wiola pokaże dowód i powie: „Czekoladę prosze…”

A ja jeszcze dowodu nie ma i z tego powodu nie mogłam krwi jeszcze oddać…ale co się odwlecze, to nie uciecze…:)

(…)

Co sprawia, że mnie kochasz?
Co czyni mnie wyjątkową?
Co takiego jest we mnie, że wciąż chcesz mnie znać?
Czego oczekujesz gdy na mnie patrzysz?
Przecież tyle razy Cię zawiodłam.
No i ciągle do mnie mówisz, choć wiesz, że prawie Cię nie słyszę.
Czasem widzę Twoją rękę wyciągniętą w moją stronę,
i nie zabierasz jej choć wiesz, że nie chwycę jej.
Nie oczekuj tego ode mnie.
Jestem jeszcze za słaba by udźwignąć ciężar Twojego zaufania.
To chyba dobrze, że zdaję sobie z tego sprawę.
Choć możesz pomyśleć czasami, że Cię ignoruję,
to jednak wiedz, że kocham Cię….Boże.

Nie cierpię…PONIEDZIAŁKÓW!!!

Pomiomo tego, że:
- zapowiedzianej klasówki z geografii nie było…
- z historii nas nie pytano…
- fizyka minęła sympatycznie
- rosyjski mniej sympatycznie, ale minął…
- nie było ostatniej godziny…
- widziałam blue eyes:)
- dostałam kilka artykułów do gazetki, co mi bardzo pomoże…
- dziś M jak miłość:)
to ja nadal nie cierpię Poniedziałków. Mało tego, ja ich nienawidzę…
Zdenerwowała mnie jedna z nauczycielek…, ja już chyba nigdy w życiu nie wyplączę się z tych konkursów ekologicznych…Ratunku!!!
No, to by było na tyle tego mojego użalania się…

moja paplanina:)

No i wczoraj odbyło się święto mojej „wspaniałej szkoły”. Fajnie było…żadnych lekcji, dużo ciasta i wygłupów:) Taka kupa osób siedziała sobie w sklepie i ksiądz był i tak fajnie było. Widząc, że ksiądz ma na talerzyku dwa kawałki szarlotki podeszłam do niego i mówię…”Proszę księdza, czy ja mogę dostać jeden kawałek szalotki…?” Ksiądz spojrzał się na mnie, potem na szarlotkę…przemyślał chyba wszystko dokładnie i mówi…”No dobrze, ale tylko jedną”. No i sobie jemy tę szarlotkę, gadamy wszyscy, sprzeczamy się w którym autobusie ksiądz będzie siedział…w piątek, jak będziemy jechać do Częstochowy, przychodzi Ewa, no i ksiądz mówi do niej, że ma taki ładny zegarek…A Ewa na to: „No tak, trzy razy na tacę w niedzielę nie dałam i sobie zaraz zegarek kupiłam…” Ksiądz taki zdziwiony mówi…”O to Ty chyba dużo na tacę dajesz…”, a profesor S wtrącił: „Tak, albo tyle daje…, albo to taki zegarek…”.
Potem ksiądz się zaczął ze mnie śmiać, potem znów gadamy, aż w pewnym momencie księżulek mówi: „TAMARA, idź…weź przynieś nam po jeszcze jednej szarlotce…” Przyniosłam, a ksiądz biorąc ją z mojego talerza mówi: „No dobra, teraz to już się nie będę z Ciebie śmiał…”:)
Było tak sympatycznie:)
A potem było nasze przedstawienie… udało się w 100 procentach, żadnej wpadki, jakie bywały na próbach i każdy powiedział wszystko tak jakoś lepiej:) No, ale kiedy już zeszliśmy ze sceny…idę sobie korytarzem i zaczynam się śmiać…Wszyscy na mnie się dziwnie patrzą…a ja mówię…”Wiecie co, dlaczego mi nie powiedzieliście, że przez całe przedstawienie miałam bluzkę założoną na lewą stronę…” Uff, nikt nawet tego nie zauważył:)
No i sukcesem tez było, że nie wybuchnęłam śmiechem…, jak zobaczyłam zasłuchaną minę Michała…Normalnie…, Damian mnie powstrzymywał:) Oby jak najwięcej było takich fajnych świąt…, ale pewnie nie da rady…”Przez te święto to w tej szkole panuje takie rozprężenie, a Wy maturę w tym roku zdajecie, jak ja mam się za was wziąć…” – oznajmiła nam pewne kobieta, niestety ucząca w naszej szkole:)
***
We wtorek miałam wolne, no i pojechałam z Tatą do Przasnysza, ażeby krew oddać…Niestety dopiero na miejscu się dowiedziałam, że nie mogę tego zrobić, gdyż nie mam jeszcze dowodu osobistego…No nic to…Niedługo złożę wniosek (tylko zdjęcia dostanę) i znów pojadę oddać krew…tylko tym razem z powodzeniem.
***
Dziwnie się czuję, wiedząc o czymś, a czym zapewne do końca bym nie wiedziała, gdyby nie…Niech żyje „przyjaźń”…
***
Niedługo Madzia idzie na koncert NASZEGO SDM-u:) Obawiam się tylko, ażeby po tym spotkaniu Krzyś dotarł cało do domu. Madziu nie uduś Krzysia:):)

Za górami, za lasami, dokładnie to na skraju lasu i w pewnych niewielkich górach stał mały, drewniany domek. Miał drewniany dach i drewniane drzwi, drewnianą podłogę i drewniane schody…a z drewnianej werandy rozpościerał się piękny widok, na ten niewielki las i na całe Bieszczady. Nocami, kiedy strudzeni i zbłąkani turyści szukali właściwej drogi do schroniska, zawsze znaleźli miejsce w owym małym drewnianym domu. Starsza kobieta – właścicielka chatki, podawała im w wielkich blaszanych kubkach gorącą herbatę z malinami, częstowała świeżymi drożdżowymi bułkami i do czasu, kiedy na drodze robiło się jaśniej rozmawiała z turystami. O świcie oni odchodzili, a staruszka pozostawała sama, jedynie z bocianem, który uwił sobie gniazdo na drewnianym dachu chatki i psem – Burkiem, który całymi dniami wylegiwał się przy kominku, w którym zawsze żarzyły się węgle, i do którego staruszka ciągle dorzucała gałązki świerku, ażeby „atmosfera domowego ogniska” miała też swój aromat. Zawsze, ilekroć turyści wracali do swoich domów, do wielkich, betonowych miast, wieczorem dziękowali swojemu aniołowi stróżowi, że pozwolił im znaleźć drewnianą chatkę w Bieszczadach i poznać staruszkę. Prosili swego anioła, aby strzegł „bieszczadzkiej babci”. I ilekroć taki anioł leciał w Bieszczady, za chwilę wracał. Pytany, dlaczego, uśmiechnięty odpowiadał…”Anioł nie może obserwować innego anioła…”.

Anioły są wszędzie, nawet w takich miejscach , o których nigdy byśmy nie pomyśleli, a może zwłaszcza w tych…?

Madzia wróciła z Bieszczad:) – Jak było???

Wszystkiego najlepsiejszego dla wszystkich nauczycieli (zwłaszcza, a może tylko…, nie no siostrę i ciocię mam nauczycielkę:) w dniu, kiedy zwalniają nas z lekcji:):):)
Hurra, jutro też wolne i nie idę do szkoły, niech żyje błogie lenistwo, leżenie na tapczanie i nic nierobienie…Niech żyje, niech żyje:-)
Tylko…kiedy to bedzie???
Aha i niech żyje „TEN” uśmiech:-)

Bibliotekowa znajomość…:)

Ostatnio na historii zostałyśmy z Martą wysłane do biblioteki, coś tam skserować…Uwielbiam chodzić do naszej szkolnej biblioteki, nie dość, że nie ma tam połowy potrzebnych książek, to jeszcze pani bibliotekarka jest tak sympatyczna, że hej…:-) No, ale nie o tym:)
Zaraz po nas do biblioteki weszli chłopak i dziewczyna. Myślałam, że są razem. Ale po chwili dziewczyna wyszła a chłopak został…Mówię tak dyskretnie do Marty, że ten chłopak bardzo przypomina takiego kolegę…A Marta (jak to Marta- przypisek redakcji), nie wiedząc, że chłopak został, powiedziała tak na głośno…”Właśnie jest prawie identyczny…Kto to jest???”
Chłopak owy zaczął się na nas dziwnie patrzeć…a my wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem (narażając się na zgryźliwe komentarze wspomnianej wyżej bibliotekarki) Od tej pory na jego widok uśmiechamy się…, a on do nas:-) Dziś, jak na niego niechcący w szkole wpadłam, to nawet mi cześć powiedział:) On chyba sobie myśli, że my jakieś nawiedzone jesteśmy…:-)

Pełnoletność rzecz względna…

Oj coś długo nie pisałam…znaczy się pisałam, jeszcze jako młoda panienka, a teraz jestem już osobą całkiem pełnoletnią i nikt i nic mi nie podskoczy:-) Rzecz jasna żartuję. Nic się nie zmieniło. Jest tak jak było, dokładnie tak samo…identycznie:-) No może tylko bogatsza o kilka kalorii tortu urodzinowego:-)
Tamara, lat 18:-)
A dziś moja Madzia kończy…znaczy się zaczyna, a może raczej wchodzi w dorosłość.
Wiesz dobrze, czego mogę Ci życzyć, bo Ci już pisałam…
Kiedy byłam w sierpniu na pielgrzymce, to raz z naszą złotą „paczką” postanowiliśmy przejść odcinek w najbardziej rozśpiewanej grupie POMARAŃCZOWEJ, z teletubisiami. Pech chciał, że trafiliśmy akurat na konferencję… i nie mogliśmy sobie pośpiewać…”bo grupa ta nanananana pomarańczowa..nanananana”. Ale konferencja była niesamowita. Ksiądz opowiadał o swoim młodzieńczym życiu….o swojej rodzinie, stosunkach z rodzicami. Kiedy wszedł w dorosłość, zaczął sprowadzać do domu wiele różnych dziewczyn. Raz, jedna raz inna… Widząca to wszystko jego mama, poprosiła go rozmowę. Strasznie się jej bał…myślał, że będzie uświadamiany, co może, a czego nie…W czasie tej krótkiej rozmowy, jaką przeprowadzili syn i matka tamtego dnia, padły najpiękniejsze słowa jakie usłyszał. Powiedziała tylko: „SYNU PAMIĘTAJ, AŻEBY NIKT NIGDY PRZEZ CIEBIE NIE PŁAKAŁ”.
Madziu pamiętaj, ażeby nikt nigdy przez Ciebie nie płakał, ani żebyś Ty nigdy nie musiała przez nikogo płakać. Jesteś wspaniała i nigdy się nie zmieniaj. Miej swoją twarz w każdej sytuacji, swoje zdanie w każdej rozmowie i bądź sobą, to Magdą, która poznałam!!! Jesteś WIELKA!